=Koteczek.=
-- Co chcesz do herbatki, koteczku?
-- Cokolwiek!...
-- Ale przecież!...
-- Coś taniego!...
-- Może szynki?...
-- Hm!... zaraz trzeba brać pół funta.
-- Poco?... dla mnie nie trzeba, ja mam jeszcze pieczeń z obiadu!
-- Tak?... ale zawsze to już duży wydatek, nie! -- nie potrzeba.
Zjem bułeczkę z masłem, mnie to wystarczy zupełnie. Zresztą,
oszczędzać musimy, daleko jeszcze do końca miesiąca...
Młoda kobieta spojrzała z uwielbieniem na męża.
Jej koteczek byłby w stanie się zagłodzić z oszczędności, gdyby ona
na to pozwoliła. Prawda, że pensyjka bardzo szczupła, gratyfikacyj
niema podobno żadnych a procent z jej posagu zaledwie piąty...
Przynajmniej tak koteczek powiada.
A co kotuchno powie -- to święte. Żona ślepo ufać mężowi powinna.
Tak ją od dziecka uczono.
Tymczasem koteczek przeczytał „Kuryera” i, ziewając, powstał
z krzesła.
Był to wielki, rosły mężczyzna, szeroki w plecach, szeroki
w karku, szeroki w czole. Zdrowie, siła biły aż odurzającym zapachem
z tych wspaniale rozwiniętych członków dobrze odżywianego
człowieka, twarz mieniła się niemal różową cerą. Jasne, delikatne
włosy uczesane dość starannie, zakrywały niewielką łysinkę, usta
foremnie wykrojone miały w sobie zmysłową wilgoć, jakby od świeżych
jeszcze pocałunków, łub połykanych ostryg, oczy senne, o namiętnem
przywarciu powiek, patrzyły z pod jasnych rzęs na wpół łagodnie, na
wpół złośliwie.
Ręka biała, zgrabna, o długich, kształtnych palcach, gładziła
starannie uczesaną brodę, od której zdaleka rozchodziła się woń
ateńskiej wody.
Ubranie letnie, jasne, zdrowa cera, wreszcie cała postać
wyprostowana, niezgarbiona, nieskurczona bynajmniej, nie miały cech
charakteryzujących zwykłego biuralistę, spleśniałego w cuchnącej
atmosferze wilgotnego biura.
Koteczek był wprawdzie urzędnikiem, ale jednym z tych pomocników
buchaltera, którzy po biurach kolejowych śpią na ceratowych
kanapkach, lub zadają tłuste szarady do rozwiązywania swym kolegom,
za co pobierają pensye a nawet i gratyfikacye.
Dziś -- koteczek wrócił wcześniej trochę z biura, zjadł skromny
obiadek, który sam zadysponował, ze smakiem, przespał się dwie
godzinki wśród kościelnej ciszy na swej ulubionej sofie, a teraz,
ubrawszy się, czytał „Kuryera” i czekał na herbatkę, którą mu
żońcia poda.
Później pójdzie przejść się trochę.
Ona -- zostanie w domu -- jutro pranie, bieliznę policzyć trzeba
-- wreszcie koteczek zwykle sam wychodzi.
Żoncia zostaje, już się do tego przyzwyczaiła. Teraz do herbaty
przygotowuje, chodząc jak cień w swych biednych przydeptanych
pantofelkach, taka chuda, mizerna, znędzniała przed czasem. Ma
zaledwie dwadzieścia pięć lat a trudno byłoby oznaczyć jej wiek,
patrząc na zapadłe piersi, na żółte plamy do koła oczów, na nos
wązki, wydłużony, na całą postać schyloną tem bolesnem pochyleniem,
właściwem chronicznie cierpiącym kobietom, które zasypiają obłożone
mokremi płatami, a melisę pochłaniają garncami prawie.
I teraz, gdy zdejmuje z półek kredensowych filiżanki i wyciera je
czyściuchną serwetką, krzywi się boleśnie, tłumiąc jęk, który jej
się na usta wydobywa.
Lekarz mówił, że cierpienie jej pochodzi głównie z braku sił
i zalecił buliony, stare wino, surowe mięso... ba! nawet wyjazd do
Krynicy... ale lekarzowi łatwo mówić. Zkądże ona wziąśćby mogła na
takie zbytkowne rzeczy, ona, której koteczek z najwyższą trudnością
zaledwie jest w stanie tę skromną kwotę co pierwszego, na
utrzymanie domu wręczyć?...
A potem, gdy zabraknie... a! niech Bóg zachowa! koteczek nie doda
ani grosza, choćby głodem zamrzeć przyszło. Pójdzie na spacer bez
obiadu, bez herbaty a nie doda nic, nawet z przyszłego miesiąca nie
zaawansuje paru rubli...
Zapewne nie może.
Ona mu tego za złe niema. O! gdzieżby znowu. Gdyby miał, toby
dał... Koteczek ma przecież anielskie serce... Niedawno kupił jej
skórzaną broszeczkę za dwa złote; kiedyś znów pozwolił jej...
natrzeć włosy wodą ateńską.
O! gdyby on miał, dodałby jej nieraz do miesięcznej pensyi... raz
nawet dał jej na to -- słowo honoru, choć ona bynajmniej nie żądała
takiego dowodu, ona wierzy mu we wszystkiem.
Tylko -- jakże to można pozwolić, aby koteczek -- jadł do herbaty
samą bułeczkę?!...
Trzeba posłać po szynkę koniecznie, choćby się miał rozgniewać,
zresztą, ona wie, że koteczek pokrzepić się musi, wszak większe pół
dnia w biurze pracuje!
A, wiadomo, biuro strasznie zdrowie niszczy. Podobno nawet suchoty
sprowadza...
-- Nie!... Bóg by nie był tak nielitościwy i nie zabrałby jej
koteczka -- nie nawiedziłby go tak strasznem cierpieniem.
Tak! tak! trzeba, żeby się mężuś lepiej odżywiał, trzeba, po szynkę
posłać koniecznie.
Biegnie do komody, odsuwa szufladę, wyjmuje ostatniego rubla
i chwilkę stoi zafrasowana. Cóż będzie z jutrzejszym obiadem?
E! -- poradzi sobie, już wie w jaki sposób. I uśmiechnięta,
pokasłując trochę, wychodzi do kuchni. Tymczasem, stojący przy
oknie mężczyzna odwrócił się i skrzypiąc butami przeszedł przez
pokój. Dobył z kieszonki od kamizelki kluczyk, otworzył małą szafkę
i z pomiędzy porządnie poukładanego ubrania, wydostał niewielki
pugilares. W pugilaresiku tym szeleściły banknoty. Otworzył go
i śpiesznie przerachował. Było tam około pięćdziesięciu rubli.
Pugilares schował do kieszeni, wyjął cieniuchną chusteczkę,
z baletniczkami po rogach zamiast monogramu, zmienił szpilkę
u krawata, poczem zamknąwszy szafkę podszedł do tualetki.
Systematycznie zaczął czesać rzadkie włosy; przyciskając je lekko
do różowej skóry, poczem wyjąwszy z szufladki puszkę z pudrem,
pudrował się lekko, starannie ścierając veloutinę z brwi, rzęsów
i wąsów. Puder osiadał na lekkim meszku pokrywającym policzki
koteczka, tworząc w ten sposób na twarzy mężczyzny, jakby krepową
zasłonę. Poczem, lekkim a wprawnym ruchem, koteczek przyczernił
sobie brwi i rzęsy za pomocą ołówka i odsunąwszy się od lustra,
począł rozmaite podbójcze miny próbować.
Od kilku chwil otworzyły się cicho drzwi od kuchni i do pokoju
wsunęła się żoncia.
W ręce trzymała szynkę zawiniętą w papier, i w niemem uwielbieniu
spojrzawszy na męża, stanęła, przyciskając szynkę do piersi.
Wydawał się jej w tej chwili tak piękny, tak elegancki, tyle od
niej wyższy i dystynkcyą i rozumem i pięknością -- że wciąż stała
zapatrzona w swoje bóstwo, fryzujące sobie teraz wąsy maluchnem
rozgrzanem żelazkiem.
On, spojrzawszy przypadkowo na nią, dojrzał to uwielbienie malujące
się w jej spłowiałych oczach.
-- Hm, patrz! jakiego masz męża -- wyrzekł z zadowoleniem..
Ona nie odpowiedziała nic.
Uśmiechała się tylko, prostując się także, jakby z dumy... urosnąć
chciała.
-- Możesz mnie pocałować -- dodał z pobłażliwością -- ale tu
w szyję... o!...
Wyciągnął swą tłustą szyję dobrze zbudowanego blondyna i przymknął
oczy z dobrotliwym uśmiechem.
Ona -- zbliżyła się szybko, zmieszana, niezgrabna,
nieprzyzwyczajona do częstych tego rodzaju pieszczot. Gdy znalazła
się tuż przy nim, taka nędzna, mała, chuda, zmieszała się jeszcze
więcej. W lustrze widziała odbicie postaci swej i stojącego wciąż
z zamrużonemi oczami męża.
Zawstydziła się samej siebie, swego wyniszczenia, swego skromnego
szlafroka i stała niezdecydowana, cisnąc wciąż papier z szynką do
zapadłej piersi.
Lecz on zniecierpliwił się wreszcie.
-- No, korzystaj, kiedy pozwalam...
Podniosła się więc na palce i cała spłoniona, pocałowała go w klapę
od jasnego żakietu, a silna woń white rose, wydzielająca się
z ubrania męża, odurzyła ją do reszty.
Jak pijana zwróciła się do stołu, na którym zaczęła ustawiać
talerzyk i rozkładać na nim szynkę.
Ręce jej drżały, widelca utrzymać nie mogła.
Była w tej chwili bardzo szczęśliwa.
Łzy jej oczy osłaniały mgłą wilgotną, serce biło w piersi bardzo
żywo.
Tymczasem koteczek nałożył w eleganckie etui całą masę papierosów
i z małej doniczki niezapominajek, stojącej przed obrazkiem Matki
Boskiej, uszczknął gałązkę.
Gałązkę tę zatknął sobie w butonierkę i zasiadł do herbaty.
Żona podała mu filiżankę i nasmarowaną bułeczkę. Poczem, jeszcze
cała zmieszana, z uśmiechem na pobladłych wargach, podsunęła mu
talerzyk z szynką.
On -- ze zdziwieniem poruszył umalowanymi brwiami.
-- Szynka? -- zapytał.
-- Tak, kotku -- proszę cię, jedz! -- odpowiedziała nieśmiało.
-- Zbytki! zbytki!... -- dodał, biorąc na talerz największy różowy
płatek -- ale pamiętaj! gdy zabraknie -- nie dodam ani grosza!...
ani grosza!...
Lecz ona zaprotestowała.
-- Nie bój się, wystarczy!... jedz tylko!... proszę cię!
Krzątała się koło niego, podsuwając mu cukier, masło, śmietankę.
On -- nawet nie zważał na tę usłużność, snać przyzwyczajony do tej
troskliwości i niewolniczej czci, jaką go zwykle otaczała.
Jadł powoli -- nie śpiesząc się, odsuwając zdaleka talerz --
z gracyą i manierami aktorki, o której gazety piszą ciągle, że jest
„dystyngowana”. Wreszcie zapytał, nie podnosząc głowy:
-- A ty?
-- O! ja mam co innego -- odpowiedziała kobieta.
Nastała znów chwila milczenia.
Jakże chętnie pragnęła żoncia -- zacząć jakąś dłuższą z swym
koteczkiem rozmowę.
Lecz o czem? -- o czem ona mówić mogła, pogrążona cała w drobnych
kłopotach swego nędznego gospodarstwa, pomiędzy imbrykiem melisy
a wiązką rzodkiewki. Instynktem zgadywała, że podobne przedmioty nie
są odpowiednie dla jej eleganckiego koteczka, który w tej chwili
tak delikatnie, tak ślicznie mieszał łyżeczką herbatę...