II.

=Koteczek.=

-- Co chcesz do herbatki, koteczku?

-- Cokolwiek!...

-- Ale przecież!...

-- Coś taniego!...

-- Może szynki?...

-- Hm!... zaraz trzeba brać pół funta.

-- Poco?... dla mnie nie trzeba, ja mam jeszcze pieczeń z obiadu!

-- Tak?... ale zawsze to już duży wydatek, nie! -- nie potrzeba.

Zjem bułeczkę z masłem, mnie to wystarczy zupełnie. Zresztą,

oszczędzać musimy, daleko jeszcze do końca miesiąca...

Młoda kobieta spojrzała z uwielbieniem na męża.

Jej koteczek byłby w stanie się zagłodzić z oszczędności, gdyby ona

na to pozwoliła. Prawda, że pensyjka bardzo szczupła, gratyfikacyj

niema podobno żadnych a procent z jej posagu zaledwie piąty...

Przynajmniej tak koteczek powiada.

A co kotuchno powie -- to święte. Żona ślepo ufać mężowi powinna.

Tak ją od dziecka uczono.

Tymczasem koteczek przeczytał „Kuryera” i, ziewając, powstał

z krzesła.

Był to wielki, rosły mężczyzna, szeroki w plecach, szeroki

w karku, szeroki w czole. Zdrowie, siła biły aż odurzającym zapachem

z tych wspaniale rozwiniętych członków dobrze odżywianego

człowieka, twarz mieniła się niemal różową cerą. Jasne, delikatne

włosy uczesane dość starannie, zakrywały niewielką łysinkę, usta

foremnie wykrojone miały w sobie zmysłową wilgoć, jakby od świeżych

jeszcze pocałunków, łub połykanych ostryg, oczy senne, o namiętnem

przywarciu powiek, patrzyły z pod jasnych rzęs na wpół łagodnie, na

wpół złośliwie.

Ręka biała, zgrabna, o długich, kształtnych palcach, gładziła

starannie uczesaną brodę, od której zdaleka rozchodziła się woń

ateńskiej wody.

Ubranie letnie, jasne, zdrowa cera, wreszcie cała postać

wyprostowana, niezgarbiona, nieskurczona bynajmniej, nie miały cech

charakteryzujących zwykłego biuralistę, spleśniałego w cuchnącej

atmosferze wilgotnego biura.

Koteczek był wprawdzie urzędnikiem, ale jednym z tych pomocników

buchaltera, którzy po biurach kolejowych śpią na ceratowych

kanapkach, lub zadają tłuste szarady do rozwiązywania swym kolegom,

za co pobierają pensye a nawet i gratyfikacye.

Dziś -- koteczek wrócił wcześniej trochę z biura, zjadł skromny

obiadek, który sam zadysponował, ze smakiem, przespał się dwie

godzinki wśród kościelnej ciszy na swej ulubionej sofie, a teraz,

ubrawszy się, czytał „Kuryera” i czekał na herbatkę, którą mu

żońcia poda.

Później pójdzie przejść się trochę.

Ona -- zostanie w domu -- jutro pranie, bieliznę policzyć trzeba

-- wreszcie koteczek zwykle sam wychodzi.

Żoncia zostaje, już się do tego przyzwyczaiła. Teraz do herbaty

przygotowuje, chodząc jak cień w swych biednych przydeptanych

pantofelkach, taka chuda, mizerna, znędzniała przed czasem. Ma

zaledwie dwadzieścia pięć lat a trudno byłoby oznaczyć jej wiek,

patrząc na zapadłe piersi, na żółte plamy do koła oczów, na nos

wązki, wydłużony, na całą postać schyloną tem bolesnem pochyleniem,

właściwem chronicznie cierpiącym kobietom, które zasypiają obłożone

mokremi płatami, a melisę pochłaniają garncami prawie.

I teraz, gdy zdejmuje z półek kredensowych filiżanki i wyciera je

czyściuchną serwetką, krzywi się boleśnie, tłumiąc jęk, który jej

się na usta wydobywa.

Lekarz mówił, że cierpienie jej pochodzi głównie z braku sił

i zalecił buliony, stare wino, surowe mięso... ba! nawet wyjazd do

Krynicy... ale lekarzowi łatwo mówić. Zkądże ona wziąśćby mogła na

takie zbytkowne rzeczy, ona, której koteczek z najwyższą trudnością

zaledwie jest w stanie tę skromną kwotę co pierwszego, na

utrzymanie domu wręczyć?...

A potem, gdy zabraknie... a! niech Bóg zachowa! koteczek nie doda

ani grosza, choćby głodem zamrzeć przyszło. Pójdzie na spacer bez

obiadu, bez herbaty a nie doda nic, nawet z przyszłego miesiąca nie

zaawansuje paru rubli...

Zapewne nie może.

Ona mu tego za złe niema. O! gdzieżby znowu. Gdyby miał, toby

dał... Koteczek ma przecież anielskie serce... Niedawno kupił jej

skórzaną broszeczkę za dwa złote; kiedyś znów pozwolił jej...

natrzeć włosy wodą ateńską.

O! gdyby on miał, dodałby jej nieraz do miesięcznej pensyi... raz

nawet dał jej na to -- słowo honoru, choć ona bynajmniej nie żądała

takiego dowodu, ona wierzy mu we wszystkiem.

Tylko -- jakże to można pozwolić, aby koteczek -- jadł do herbaty

samą bułeczkę?!...

Trzeba posłać po szynkę koniecznie, choćby się miał rozgniewać,

zresztą, ona wie, że koteczek pokrzepić się musi, wszak większe pół

dnia w biurze pracuje!

A, wiadomo, biuro strasznie zdrowie niszczy. Podobno nawet suchoty

sprowadza...

-- Nie!... Bóg by nie był tak nielitościwy i nie zabrałby jej

koteczka -- nie nawiedziłby go tak strasznem cierpieniem.

Tak! tak! trzeba, żeby się mężuś lepiej odżywiał, trzeba, po szynkę

posłać koniecznie.

Biegnie do komody, odsuwa szufladę, wyjmuje ostatniego rubla

i chwilkę stoi zafrasowana. Cóż będzie z jutrzejszym obiadem?

E! -- poradzi sobie, już wie w jaki sposób. I uśmiechnięta,

pokasłując trochę, wychodzi do kuchni. Tymczasem, stojący przy

oknie mężczyzna odwrócił się i skrzypiąc butami przeszedł przez

pokój. Dobył z kieszonki od kamizelki kluczyk, otworzył małą szafkę

i z pomiędzy porządnie poukładanego ubrania, wydostał niewielki

pugilares. W pugilaresiku tym szeleściły banknoty. Otworzył go

i śpiesznie przerachował. Było tam około pięćdziesięciu rubli.

Pugilares schował do kieszeni, wyjął cieniuchną chusteczkę,

z baletniczkami po rogach zamiast monogramu, zmienił szpilkę

u krawata, poczem zamknąwszy szafkę podszedł do tualetki.

Systematycznie zaczął czesać rzadkie włosy; przyciskając je lekko

do różowej skóry, poczem wyjąwszy z szufladki puszkę z pudrem,

pudrował się lekko, starannie ścierając veloutinę z brwi, rzęsów

i wąsów. Puder osiadał na lekkim meszku pokrywającym policzki

koteczka, tworząc w ten sposób na twarzy mężczyzny, jakby krepową

zasłonę. Poczem, lekkim a wprawnym ruchem, koteczek przyczernił

sobie brwi i rzęsy za pomocą ołówka i odsunąwszy się od lustra,

począł rozmaite podbójcze miny próbować.

Od kilku chwil otworzyły się cicho drzwi od kuchni i do pokoju

wsunęła się żoncia.

W ręce trzymała szynkę zawiniętą w papier, i w niemem uwielbieniu

spojrzawszy na męża, stanęła, przyciskając szynkę do piersi.

Wydawał się jej w tej chwili tak piękny, tak elegancki, tyle od

niej wyższy i dystynkcyą i rozumem i pięknością -- że wciąż stała

zapatrzona w swoje bóstwo, fryzujące sobie teraz wąsy maluchnem

rozgrzanem żelazkiem.

On, spojrzawszy przypadkowo na nią, dojrzał to uwielbienie malujące

się w jej spłowiałych oczach.

-- Hm, patrz! jakiego masz męża -- wyrzekł z zadowoleniem..

Ona nie odpowiedziała nic.

Uśmiechała się tylko, prostując się także, jakby z dumy... urosnąć

chciała.

-- Możesz mnie pocałować -- dodał z pobłażliwością -- ale tu

w szyję... o!...

Wyciągnął swą tłustą szyję dobrze zbudowanego blondyna i przymknął

oczy z dobrotliwym uśmiechem.

Ona -- zbliżyła się szybko, zmieszana, niezgrabna,

nieprzyzwyczajona do częstych tego rodzaju pieszczot. Gdy znalazła

się tuż przy nim, taka nędzna, mała, chuda, zmieszała się jeszcze

więcej. W lustrze widziała odbicie postaci swej i stojącego wciąż

z zamrużonemi oczami męża.

Zawstydziła się samej siebie, swego wyniszczenia, swego skromnego

szlafroka i stała niezdecydowana, cisnąc wciąż papier z szynką do

zapadłej piersi.

Lecz on zniecierpliwił się wreszcie.

-- No, korzystaj, kiedy pozwalam...

Podniosła się więc na palce i cała spłoniona, pocałowała go w klapę

od jasnego żakietu, a silna woń white rose, wydzielająca się

z ubrania męża, odurzyła ją do reszty.

Jak pijana zwróciła się do stołu, na którym zaczęła ustawiać

talerzyk i rozkładać na nim szynkę.

Ręce jej drżały, widelca utrzymać nie mogła.

Była w tej chwili bardzo szczęśliwa.

Łzy jej oczy osłaniały mgłą wilgotną, serce biło w piersi bardzo

żywo.

Tymczasem koteczek nałożył w eleganckie etui całą masę papierosów

i z małej doniczki niezapominajek, stojącej przed obrazkiem Matki

Boskiej, uszczknął gałązkę.

Gałązkę tę zatknął sobie w butonierkę i zasiadł do herbaty.

Żona podała mu filiżankę i nasmarowaną bułeczkę. Poczem, jeszcze

cała zmieszana, z uśmiechem na pobladłych wargach, podsunęła mu

talerzyk z szynką.

On -- ze zdziwieniem poruszył umalowanymi brwiami.

-- Szynka? -- zapytał.

-- Tak, kotku -- proszę cię, jedz! -- odpowiedziała nieśmiało.

-- Zbytki! zbytki!... -- dodał, biorąc na talerz największy różowy

płatek -- ale pamiętaj! gdy zabraknie -- nie dodam ani grosza!...

ani grosza!...

Lecz ona zaprotestowała.

-- Nie bój się, wystarczy!... jedz tylko!... proszę cię!

Krzątała się koło niego, podsuwając mu cukier, masło, śmietankę.

On -- nawet nie zważał na tę usłużność, snać przyzwyczajony do tej

troskliwości i niewolniczej czci, jaką go zwykle otaczała.

Jadł powoli -- nie śpiesząc się, odsuwając zdaleka talerz --

z gracyą i manierami aktorki, o której gazety piszą ciągle, że jest

„dystyngowana”. Wreszcie zapytał, nie podnosząc głowy:

-- A ty?

-- O! ja mam co innego -- odpowiedziała kobieta.

Nastała znów chwila milczenia.

Jakże chętnie pragnęła żoncia -- zacząć jakąś dłuższą z swym

koteczkiem rozmowę.

Lecz o czem? -- o czem ona mówić mogła, pogrążona cała w drobnych

kłopotach swego nędznego gospodarstwa, pomiędzy imbrykiem melisy

a wiązką rzodkiewki. Instynktem zgadywała, że podobne przedmioty nie

są odpowiednie dla jej eleganckiego koteczka, który w tej chwili

tak delikatnie, tak ślicznie mieszał łyżeczką herbatę...

Menazerya ludzka · 第 2 / 23 题