I.

Pragnę tu podjąć na nowo i nieco szerzej rozwinąć treść drugiej połowy

swego ostatniego artykułu (JP IV 1) p. t. »Mowa a myśl«. Zakończyłem go

ogólnym wywodem, że pomiędzy znaczeniem wyrazów a ich brzmieniem

niema—poza pewnemi, szczupłemi zresztą, kategorjami—aktualnego,

bezpośredniego związku przyczynowego, a dosyć pospolite złudzenie, że taki

związek jest, polega tylko na stałem i bardzo silnem skojarzeniu znaczenia

z brzmieniem wyrazów języka ojczystego. Związek istotny ostatecznie jest,

ale bardzo niewyraźny, ogromnie odległy i właściwie tylko pośredni—choćby

tylko z powodu ogromnego oddalenia historycznej doby wszelkich języków od

epoki ich, względnego oczywiście, powstawania.

Owo pospolite u ludzi złudzenie wyraża się w sposób jaskrawy i naiwny w

mimowolnem zrównywaniu wyrazów z rzeczami: oczywiście wyrazów języka

ojczystego i przez ludzi stojących na niezbyt wysokim stopniu rozwoju

kulturalnego. Ten sposób patrzenia na to co się mówi oświeca nam doskonale

znana anegdota o tem, jak się spierali o wyższość swoich języków Niemiec,

Włoch i Węgier. No, powiada Niemiec, chcąc spór rozstrzygnąć, jakże wy

nazywacie naprzykład ‘wodę’ (_Wasser_)? Włoch odpowiada: _acqua_, a

Węgier: _viz_. Na to Niemiec z triumfem: a my mówimy ‘woda’ (_Wasser_) i

to jest naprawdę woda (_wir aber nennen es Wasser und es ist auch

Wasser_). Może się komu wyda, że ta anegdotka jest zbyt naiwna, żeby była

prawdziwa? Nie, o niej można naprawdę powiedzieć: _se non è vero, è ben’

trovato_. Bo oto dwa takiesame odezwania się, za których prawdę można

ręczyć. Znakomity lingwista Schuchardt zapytał raz jednego chłopa

włoskiego trzymając szklankę w ręku, czy wie jak się to nazywa. Na to

Włoch mu odpowiedział: To się nazywa w jednym języku tak, a w drugim

inaczej, ale to jest ‘szklanka’ (_un bicchiere_) i tylko po włosku tak się

nazywa (_questo si chiamerà così in una lingua e così nell’ altra; ma è un

bicchiere e soltanto in italiano si chiama così_)(6). Nyrop opowiada znowu

taką historyjkę. Pewna młoda Niemka zaczęła się uczyć francuskiego modną

»bezpośrednią« metodą i właśnie odbywała się pierwsza lekcja przy

śniadaniu, jako _leçon de choses_. Nauczyciel rozpoczął lekcję od sera i

nazwał go pokazując Niemce ‘serem’ (_frommage_). Ale młoda osoba nie mogła

się z tem odrazu pogodzić i zawołała naiwnie: _Frommage_? dlaczego

_frommage_? ‘Ser’ jest przecież daleko naturalniej (_Käse ist doch viel

natürlicher_)(7).

Nic tedy dziwnego, że tylko _własny_ język uważa się naiwnie za naturalny,

prawdziwy, naprawdę jasny, a obce języki za niepojęty bełkot. Przejawia

się to w bardzo pospolitych przejściach znaczeniowych i zwrotach takich

jak _parler français_, _auf gut __Deutsch_, _już ja mu to powiem po

polsku_, gdzie nazwy własnego języka używa się w znaczeniu jasnego,

dobitnego wyrażenia. Przeciwnie człowieka, mówiącego obcym językiem,

nazywa się momotem, to jest bełkocącym niezrozumiale, bo nic innego nie

znaczy greckie _bárbaros_, podobnie jak Słowianie swych zachodnich

sąsiadów _Niemcami_ nazywają, to znaczy ludźmi, nie umiejącemi porządnie

mówić. To z pewnością bywa też głównym powodem, że rodzime nazwy bardzo

wielu szczepów i ludów znaczą poprostu tyle co ‘człowiek’.

Na temsamem podłożu psychicznem i kulturalnem rozwijały się, a poczęści do

dziś dnia się powtarzają lub trwają zjawiska tak zwanego tabu, eufemizmów

i omówień, rzucanie uroczystej klątwy i czary, to jest sprowadzanie czarów

na drugich, a uchylanie się od nich samemu, co wszystko polega na naiwnem

zrównaniu wyrazu z przedmiotem, nazwy z rzeczą, imienia z osobą. To

zasadnicze zjawisko wyraża się od niepamiętnych czasów w utartych

zwrotach, że _nie należy wywoływać licha_, albo _wilka z lasu_, bo _o

wilku mowa, a wilk tuż_. W czasie polowania, a zwłaszcza podczas wielkich

wypraw myśliwskich i rybackich, mających dla wielu szczepów ogromne

znaczenie, zachowuje się ściśle różne zabobonne praktyki, a do

najważniejszych należy wystrzeganie się nazywania zwierzyny, na jaką się

poluje, jej zwykłemi nazwami, ażeby nie zwracać jej uwagi, zmylić jej

czujność i móc ją podejść; tak jak znowu w zwykłych warunkach unika się

nazywania niebezpiecznych zwierząt dlatego, aby ich sobie nie sprowadzić

niepotrzebnie na kark. Nazywa się tedy takie zwierzęta na które się poluje

lub których się boi, nie ich zwykłemi nazwami, tylko opisowemi np.

niedźwiedzia ‘starym, kudłaczem, burym’ itp, bo właściwa nazwa to tyle co

zwierz sam, nazwać go to prawie tyle co go źgnąć. Podobnie unika się, i to

nietylko u szczepów na niskim stopniu cywilizacji, nazywania śmierci,

choroby, zwłaszcza różnych zaraz, djabła i wielu innych rzeczy, budzących

obawę, wstręt, pogardę itd., albo przeciwnie budzących w nas uczucia czci,

uszanowania, religijnego poddania. Nieskończone są przenośnie i omówienia

w guście: skonać lub skończyć (życie), przenieść się do wieczności,

zamknąć oczy, zasnąć w Panu, zgasnąć, gdy mnie kiedyś zabraknie itd., bo

zawsze lepiej nie mówić o »samej śmierci«. Lepiej djabła nazwać ‘złym’ czy

‘kusym’, bo my wiemy o kim mowa, a jego się zmyli—tylu wszakże jest na

świecie ‘złych’ lub ‘kusych’! a jeszcze lepiej poprostu, jak w wielu

stronach, ‘tym’ i przeżegnać się na wszelki wypadek. Chcąc rzucić na kogoś

czary lub wezwać na niego kary i pomsty bogów trzeba koniecznie albo mieć

jego podobiznę albo znać imię i nazwisko—wtedy przeklina się starannie

jego, wymieniając dokładnie, kilka razy, imię, i jego ciało, znowu

dokładnie wymieniając wszystkie członki i jeżeli można, wypisuje to

wszystko i wtedy skutek pewny! To znowu nie nazywamy wielu rzeczy po

imieniu, bo ‘nie wypada’, a nie wypada dlatego, że nazwa a rzecz to niby

tosamo. Oczywiście działają tu także różne inne uczucia i zjawiska te

pojawiają się w najrozmaitszych postaciach i odmianach, ale wszędzie leży

lub leżał na dnie, czy wyłącznie czy obok innych, ten zasadniczy rys

psychiczny zrównywania rzeczywistości z wyrazami. Bardzo to ciekawa i

pouczająca dziedzina, ale nie mogę się nad nią dłużej zatrzymywać.

Jednak i na wyższym stopniu rozwoju, kiedy już niema mowy o takiem naiwnem

zrównywaniu wyrazów z pojęciami, nie ginie ono całkowicie, tylko się

przedstawia w nowej, »postępowej« formie. Ludzie zawsze przyjmują jakiś

naturalny, istotny związek między nazwą a rzeczą, uważając je prawie

instynktownie za dwie strony tegosamego. Sprawa ma w sobie zarazem coś

zagadkowego i tajemniczego, co wiecznie niepokoi umysły. Pomijając już

szersze koła inteligencji, dalej ludzi skądinąd niecodziennych, ale u

których gra wyobraźnia, jak wielkich nieraz artystów, a wreszcie uczonych

nieraz manjaków, to nawet wśród bardzo wybitnych pod względem

intelektualnym ludzi, u głów najjaśniejszych (oczywiście myśleniem, nie

pochodzeniem) spotykamy często takie niejasne, w gruncie rzeczy naiwne,

wyobrażenia o jakimś tajemniczym a istotnym związku, o jakiejś pełnej

wyrazistości harmonji między wyrazem a rzeczą. Oto co myślał taki

niepowszedni, ścisły i wszechstronny badacz i myśliciel jak Ampère—o

francuskich samogłoskach nosowych. Oto »w językach, które je posiadają,

wywołują one tę majestatyczną i pełną harmonję, jaką znajdujemy we

francuskim w wyrazach _rampe_, _temple_, _constance_ itd., któraby znikła

w zupełności, gdybyśmy je wymawiali _râpe_, _tâple_, _constânce_« itd.

(les sons... qui donnent aux langues où ils sont admis cette harmonie

pleine et majestueuse qu’on trouve en français dans les mots _rampe_,

_temple_, _constance_ etc., et qui disparaîtrait entièrement si l’on

prononçait _râpe_, _tâple_, _constânce_ etc.). Dlatego też nie podoba mu

się nazwa ‘nosowych’, niestosownie nadana tym samogłoskom (les sons,

appelés assez mal à propos sons nasaux)(8)—pewnie, jakże majestat ma w

nosie siedzieć?! Ciekawe przytem, że całkiem podobne zapatrywania

spotykamy potem u jednego ze starszych lingwistów, Buschmanna,

współpracownika braci Humboldtów. Mówiąc o różnicy nazw dla ‘matki’ a dla

‘ojca’, z których pierwsze zawierają w wielu językach głoski _m_, _n_, a

drugie głoski _p_, _t_, widzi w _m_ i _n_ spokój i łagodność: Wie sinnig

spricht sich nicht das Naturgefühl darin aus, dass für den Vater die

starken Laute, die harte oder weiche Muta, für die Mutter die völlig

abgeebneten, ruhigen Consonanten bestimmt sind, welche nur als eine sanfte

Grenze noch den Mutis angehören(9). I całkiem jak Ampère odrzuca nazwę

’nosowych’, która mu się stanowczo niepodoba.

Z drugiej strony, nie brakowało naturalnie nigdy ludzi we własnem

mniemaniu naprawdę »oświeconych«, nie mających »przesądów«, wolnych od

wszelkich »uprzedzeń« i »mistycyzmu«, trzymających się tylko »faktów«,

słowem »pozytywistów«, a także »sceptyków«, którzy tego rodzaju

zapatrywania uważali za dziecinne. Brzmienie wyrazu niema wedle nich nic

wspólnego z oznaczoną wyrazem rzeczą: brzmienie to tylko czysto

zewnętrzny, nieistotny, umówiony, w gruncie rzeczy przypadkowy znak.

W rezultacie zagadnienie nasze, zazwyczaj ogólniej pojęte jako zagadnienie

o początku mowy pokutuje od wieków w dysputach i w literaturze od Greków

począwszy poprzez całą starożytność i średniowiecze, a następnie w epoce

odrodzenia umysłowego w 17 i 18 wieku aż do ostatnich czasów, gdzie

wreszcie znalazło względne załatwienie.

W Grecji postawiono i ujęto problem jako zagadnienie trafności czyli

prawdziwości nazw, δρδότης τϖν δνομάτων, a Platon zastał go w takiej

fazie: szkoła Demokryta utrzymywała, że nazwy oznaczają rzeczy na mocy

społecznego układu, δέσει, zaś szkoła Heraklita, że na mocy natury, φύσει.

Pierwsze stanowisko, którego zasadę nabywano obok φέσις także έδσς, νόμος,

ξυνδήϰη, δμολογία, wyrażało myśl, że prawdziwość czyli stosowność nazw

polega na swobodnej umowie ludzkiej, na społecznym przyjęciu i zwyczaju,

czyli że stosunek wyrazów do wyrażanych rzeczy albo pojęć polega

ostatecznie na działalności, wynikającej ze świadomej woli człowieka.

Drugie stanowisko przyjmowało naturalny, przyrodzony, konieczny związek

między nazwą a rzeczą, niezależny od ludzkiej woli, a w ślad za tem

zgodność nazwy z istotą odnośnej rzeczy. Platon podjął zagadnienie w

dialogu p. t. Kratylos, gdzie Kratyl, zwolennik zasady φύσει twierdzi, że

każda rzecz ma w każdym języku z natury nazwę stosowną, zaś Hermogenes,

wyznawca zasady δέσει utrzymuje, że wszelka trafność nazwy polega tylko na

umowie i zwyczaju, bo żadne nazwy nie powstają z natury. Zanim zobaczymy,

jakie Platon w osobie Sokratesa zajął stanowisko wobec spornej kwestji,

zaznaczmy, że wogóle w tym problemie φύσει-δέσει mieszczą się właściwie

trzy różne momenty, niezawsze dosyć wyraźnie rozróżniane, a mianowicie 1)

właściwa kwestja ’naturalnego znaczenia głosek’, 2) kwestja pewnej ogólnej

zgody między wyglądem wyrazu a przedmiotem, 3) kwestja raczej

etymologiczno logiczna, czy dana nazwa jest wogóle trafnie dobrana w

stosunku do istoty oznaczonej rzeczy. Że Grecy wsadzili tu jeszcze

czwarty, całkiem innego rzędu moment, mianowicie wygląd liter, o tem

niżej. Nas tu obchodzi oczywiście przedewszystkiem pytanie pod a), w

drugim rzędzie pytanie pod b); natomiast pytanie pod c) zostawiamy

zupełnie na boku.

Otóż Platon dochodzi w osobie Sokratesa początkowo do wniosku, że

niepodobna uważać wyrazów za dowolnie wytworzone i stara się znaleść

naturalną i konieczną podstawę ’prawdziwości pierwotnych nazw’, άλήδεια

τϖν πρώτων δνομάτων, w tem, że głoskami naśladowano pierwotnie istotę

rzeczy i zjawisk: »r przy wymawianiu którego język najbardziej drga,

wyrażało wszelki ruch i pęd i dlatego spotyka się je w wyrazach ρεϊν

płynąć, ροή prąd, πρόμος drżenie (strach), τραχύς szorstki, ϰρούειν tłuc,

uderzyć, ϑραύειν (roz)tłuc, έρείϰειν rozbić, rozedrzeć, ϑρύππιν kruszyć,

ϰερματίειν drobić, ρυμβεϊν kręcić w kółko; głoska _i_ wyraża rzeczy

cienkie, jako najłatwiej idące przez wszystko i dlatego mamy ją w ιέναι

iść oraz ιέσϑαι spieszyć, dążyć, podobnie jak znowu zapomocą głosek _ph_

(φ), _ps_ (ψ), _s_ i _z_ (ζ) oddaje się zgodnie z ich naturą wszelkie

rodzaje wiania i dęcia jak τό ψυϰρόν zimne, chłodne, wrzące, τό ζέον

chwiać się, trząść się i wogóle σεισμός wstrząs; przyciskanie i opieranie

języka, jakie jest cechą głosek _d_ i _t_ dało zdaje się początek wyrazom

δεσμός więzy i στάσις stanie; natomiast wyraźne ślizganie się języka przy

głosce _l_ zostało zastosowane do nazw rzeczy gładkich (τά λεϊϰ) i samego

pojęcia ολσϑάνειν ślizgać się, a dalej wyrazów το λιπϰρόν tłuste, świecące

od tłuszczu, το ϰολλϖδες kleiste; w wyrazach znowu takich jak το γλσϰρον

lepkie, γλυϰύ słodkie, miłe i γλοιϖδς lepkie, przebija wstrzymujące

działanie głoski _g_ na sunący w _l_ język; zgodnie z wewnętrznością

brzmienia głoski _n_ zostały nazwane το ένδον wewnątrz i τά εντός to co

wewnątrz położone; głoskę _a_ zastosowano τψ μεγϰλψ dla wielkiego, a

głoskę ē τψ μήϰει dla długości ’ponieważ te litery są wielkie’; a

potrzebując dla wyrażenia okrągłości (το γογγύλον) znaku _o_ tę głoskę

przedewszystkiem wsadzono do odnośnej nazwy«.

Przytoczyłem umyślnie w całości ten ustęp, żeby dać wyobrażenie o

naiwności pierwszych prób teorji językoznawstwa i o trudnościach, z

jakiemi myśl ludzka musi walczyć; i Platon zresztą sam miał wątpliwości,

bo w dalszym ciągu stwierdza, że tej zasady nie można ani w przybliżeniu

przeprowadzić, że zatem niema mowy, aby istota rzeczy odkrywała się nam w

nazwach. Zwracam jeszcze uwagę na to, że w tych wywodach mieszano w

starożytności ciągle głoski z literami, jak to wyraźnie widać z uwagi o

_alpha_ (_a_) i _ēta_ (ē) a z pewnością na wyobrażenie o ’cienkości’

głoski _i_ lub okrągłości _o_ wpływała także zwykła ich postać pisana.

Pomijam w dalszym ciągu zupełnie etymologje dziecinne i niemożliwe zarówno

w Kratylu jak wogóle u starożytnych oraz wszystkie myśli i argumenty,

przytaczane na korzyść jednej lub drugiej zasady, bo zajęłoby to bardzo

dużo miejsca bez szczególnego pożytku. Wystarczy stwierdzić po pierwsze,

że mimo wszelkich naiwności i nieścisłości widać czyto w roztrząsaniach

platońskich, czy dalszych, pewne słuszne obserwacje i myśli, tylko że się

niestety odrazu wykrzywiały i zbaczając z właściwej drogi dochodziły do

nonsensu; powtóre zaś, że raz postawiony problem φύσει-δέσει nadawał w

dalszym ciągu kierunek myśleniu o rzeczach językowych. Stoicy opowiadali

się przy zasadzie φύσει, ale rozróżnili naśladowanie głosem

_bezpośrednie_, zatem onomatopeje w ściślejszem tego słowa znaczeniu od

_pośredniego_, gdzie wygląd wyrazu odpowiada rzeczy tylko pośrednio,

_symbolicznie_, która to zasada, przybrawszy różne szczegółowe

zastosowania, pozwoliła stoickiej i wogóle starożytnej etymologji

wyprawiać prawdziwe orgje—bezmyślności. Daleko mądrzejszą formę nadał

zasadzie φύσει Epikur, którego myśl szła w kierunku psychologicznym (wbrew

logicznemu kierunkowi stoików i innych) i ewolucyjnym. Epikur stwierdza,

że początek mowy nie może polegać na ’umowie’, na jakimś dowolnym

układzie, tylko leży w naturze człowieka. Lukrecjusz wyraża to w ten

sposób: Nonsensem jest mniemać, że ktoś na początku ponadawał nazwy

rzeczom i że ludzie od niego się nauczyli pierwszych wyrazów, bo dlaczegóż

on by to był mógł robić i tworzyć różne brzmienia, a inni nie? Gdyby

zresztą już przedtem nie używano wyrazów, to skąd pojęcie o ich

użyteczności, i jak ów pierwszy twórca mógłby był dać się innym

zrozumieć?... wreszcie co jest tak dalece w tem dziwnego, że ludzie, mając

przecie głos i język, oznaczali rzeczy rozmaitemi brzmieniami doznając

rozmaitych wrażeń, skoro bydło i zwierzęta rozmaite a różne głosy wydają

doznając strachu, bólu lub zadowolenia? I wywodzi dalej, jak całkiem

inaczej psy warczą ze złości, a na cały głos ujadają, albo szczekają i

skuczą bawiąc się lub łasząc, a wyją zamknięte w domu lub skowytają

unikając bicia itd.(10) W ten sposób obok tamtej naśladowczej, to jest

teorji naśladowania dźwiękami, powstała teorja przyrodzonych głosów,

wydawanych w różnych nastrojach i uczuciach, która jednak chcąc wyjaśnić

dalszy rozwój mowy i skojarzenie pewnych brzmień z pewnemi wyobrażeniami,

uciekała się znowu do zasady δέσει, łącząc w ten sposób obydwie podstawy,

indywidualnie przyrodzoną i społeczną. Filozoficzna myśl Epikura, jak w

innych kierunkach, tak i w tym nie znalazła samodzielnych kontynuatorów, a

wogóle już ani starożytność ani średnie wieki nie wniosły żadnych nowych

momentów ani myśli do nauki o języku. Średnie wieki zajmowały się żywo

mową i wyrazami, ale w ścisłym związku z wielkim sporem nominalistów i

realistów. Świeży powiew jak w innych dziedzinach tak i w naszej znać u

Bakona; potężny umysł Locke’a rzucił i w tych zagadnieniach niejedną

trafną i opartą na prawdziwym zmyśle rzeczywistości uwagę; ale prawdziwy

postęp i żywszy rozwój w zdawaniu sobie sprawy z języka i jakby

przygotowanie do językoznawstwa, które miało powstać w 19 wieku, przyniósł

dopiero wiek 18 od Condillaca, Rousseau’a i Herdera począwszy. Ale

wszystko to były jeszcze przeważnie spekulacje, na niedostatecznej

obserwacji oparte; a w dalszym ciągu zostały przeważnie zapomniane; tak że

w wieku 19 po epoce romantyzmu, który się odwrócił od wieku oświecenia,

nie zdając sobie sprawy że ten był jego jeżeli nie ojcem to piastunem,

teoretyczna myśl językoznawcza znowu przeważnie całkiem na nowo i

niezależnie zaczęła pracować w ostatniej ćwierci tego ubiegłego stulecia,

podnosząc się nadzwyczajnie na początku obecnego. Ponieważ w krótkich i

dla szerszych kół przeznaczonych artykułach ani można ani trzeba szeroko

roztaczać rozwojową stronę kwestyj choćby najważniejszych, przeto obecnie

przejdę do rozpatrzenia rzeczywistych podstaw, do realnych faktów

językowych, które w zakresie pytania o początku mowy i stosunku brzmienia

do znaczenia możemy wziąść pod rozwagę; zaś zdążając na tej drodze do

możliwie jasnej odpowiedzi wplotę ważniejsze poglądy i nazwiska, które się

tu zaznaczyły aż do ostatnich czasów, w formie krytycznych uwag jużto

zgody jużto sprzeciwu.

_Jan Rozwadowski._

Język Polski, 1920, nr 3 (maj/czerwiec) · 第 11 / 20 题