Pokój w domu Kapuletów.
_(Wchodzi pani Kapulet i Marta)._
*Pani Kapulet.* Gdzie moja córka? Idź ją tu przywołać.
*Marta.* Na moją cnotę! jużem ją wołała.
Julciu! pieszczotko moja! moje złotko!
Boże, zmiłuj się! Gdzież ona jest? Julciu!
_(Wchodzi Julia)._
*Julia.* Czy mnie kto wołał?
*Marta.* Mama.
*Julia.* Jestem, pani.
Co mi rozkażesz?
*Pani Kapulet.* Słuchaj. Odejdź, Marto;
Mam z nią sam na sam coś do pomówienia.
Marto, pozostań: przychodzi mi na myśl,
Że twa obecność może być potrzebna.
Julka ma piękny już wiek, wszakże prawda?
*Marta.* Ba, mogę wiek jej policzyć na palcach.
*Pani Kapulet.* Czternaście ma już lat, jak mi się zdaje.
*Marta.* Czternaście moich zębów w zakład stawię,
(Chociaż właściwie mam ich tylko cztery)
Że jeszcze nie ma. Rychłoż będzie święto
Piotra i Pawła?
*Pani Kapulet.* Za parę tygodni,
Mniej więcej.
*Marta.* Mniej czy więcej, czy okrągło,
Ale dopiero w wieczór na świętego
Piotra i Pawła skończy lat czternaście.
Ona z Zuzanką -- Boże zbaw nas grzesznych! --
Były rówieśne. Zuzanka u Boga —-
Byłże to anioł! -- ale, jak mówiłam,
Julcia dopiero na świętego Piotra
I Pawła skończy spełna lat czternaście,
Tak, tak; pamiętam dobrze. Mija teraz
Rok jedenasty od trzęsienia ziemi;
Właśnie od piersi była odsadzona.
Z pomiędzy wszystkich dni bożego roku
Tego jednego nigdy nie zapomnę.
Piołunem sobie wtedy pierś potarłam,
Siedząc na słońcu tuż pod gołębnikiem.
Państwo byliście tego dnia w Mantui.
A co? mam pamięć? Ale, jak mówiłam,
Skoro pieszczotka moja na brodawce
Poczuła gorycz, trzeba było widzieć,
Jak się skrzywiła, szarpnęła od piersi;
Gołębnik za mną: skrzyp! a ja co żywo
Na równe nogi: hyc! nie myśląc czekać,
Aż mi kto każe. Upłynęło odtąd
Lat jedenaście. Umiała już wtedy
O własnej sile stać, co mówię, biegać,
Dyrdać. Dniem pierwej zbiła sobie czoło.
Mój mąż -- świeć Panie, jego duszy! -- podniósł
Z ziemi niebogę; był to wielki figlarz.
_»Plackiem«,_ rzekł, _»padasz teraz, a jak przyjdzie
Większy rozumek, to na wznak upadniesz,
Nieprawdaż, Julciu?«_ A ten mały łotrzyk,
Jak mi Bóg miły! przestał zaraz krzyczeć
I odpowiedział: _»tak«_. Chociażbym żyła
Tysiąc lat, nigdy tego nie zapomnę.
_»Nieprawdaż, Julciu«_ rzekł, _»że padniesz wznak?«_
A mały urwis odpowiedział _»tak«_.
*Pani Kapulet.* Dość tego, Marto, skończ już tę historyę,
Proszę cię.
*Marta.* Dobrze, miłościwa pani.
Ale nie mogę wstrzymać się od śmiechu,
Kiedy przypomnę sobie, jak to ona
Przestała krzyczeć i odpowiedziała:
_»Tak«_. Miała jednak guz jak kurze jaje,
Siniec porządny i płakała gorzko;
Ale gdy mąż mój rzekł: _»plackiem dziś padasz,
A jak dorośniesz, to na wznak upadniesz,
Nieprawdaż, Julciu?«_ tak i niebożątko
Zaraz ucichło i odrzekło: _»tak«_.
*Julia.* Ucichnij też i ty, proszę cię, nianiu.
*Marta.* Jużem ucichła przecie. Pan Bóg z tobą!
Ty jesteś perłą ze wszystkich niemowląt,
Jakie karmiłam. Gdybym jeszcze mogła
Patrzeć na twoje zamęście!...
*Pani Kapulet.* Zamęście!
To jest punkt właśnie, o którym chcę mówić.
Powiedz mi, Julio, co myślisz i jakie
Są chęci twoje we względzie małżeństwa?
*Julia.* O tym zaszczycie jeszcze nie myślałam.
*Marta.* O tym zaszczycie! Gdybym nie ja była
Twą karmicielką, rzekłabym, żeś mądrość
Wyssała z mlekiem.
*Pani Kapulet.* Myślże o tem teraz.
Młodsze od ciebie dziewczęta z szlachetnych
Domów w Weronie wcześnie stan zmieniają;
Ja sama byłam już matką w tym wieku,
W którym tyś jeszcze panną. Krótko mówiąc,
Waleczny Parys stara się o ciebie.
*Marta.* To mi kawaler! panniuniu, to brylant
Taki kawaler: chłopiec gdyby z wosku!
*Pani Kapulet.* Nie ma w Weronie równego mu kwiatu.
*Marta.* Co to, to prawda: kwiat to, kwiat prawdziwy.
*Pani Kapulet.* Cóż, Julio? Będzieszże mogła go kochać?
Dziś w wieczór ujrzysz go wśród naszych gości.
Wczytaj się w księgę jego lic, na których
Pióro piękności wypisało miłość;
Przypatrz się jego rysom, jak uroczo,
Zgodnie się schodzą z sobą i jednoczą;
A co w tej księdze wyda ci się mrocznem,
To w jego oczach stanie-ć się widocznem.
Do upięknienia tej zaprawdę rzadkiej
Edycyi męża brak tylko okładki.
Roślina w ziemi, ryba w wodzie żyje;
Miło, gdy piękną treść piękny wierzch kryje;
I tem wspanialsza, tem więcej jest warta
Złota myśl w złotej oprawie zawarta.
Tak więc z nim wszystką jego właść posiędziesz
I w niczem sama ujmy mieć nie będziesz.
*Marta.* Ujmy? Ba, owszem przyrost, boć to przecie
Zawżdy z mężczyzną przybywa kobiecie.
*Pani Kapulet.* Chceszże go? powiedz krótko, węzłowato.
*Julia.* Zobaczę, jeśli patrzenia dość na to;
Nie głębiej jednak myślę w tę rzecz wglądać,
Jak tobie, pani, podoba się żądać.
_(Wchodzi Służący)._
*Służący.* Pani, goście już przybyli; wieczerza zastawiona,
czekają na panią, pytają o pannę Julię, przeklinają
w kuchni panią Martę -- słowem, niecierpliwość powszechna.
Niech panie raczą pośpieszyć. _(Wychodzi)._
*Pani Kapulet.* Pójdź, Julio; w hrabi serce tam dygoce.
*Marta.* Idź i po błogich dniach błogie znajdź noce.
_(Wychodzą)._