IX.

(Drugie sprawozdanie doktora Watsona).

Światło na bagnie.

_Baskerville-Hall, 15 października._

Kochany Holmes!

Pozostawiłem cię wprawdzie długo bez wiadomości, za to dziś pragnę

cię odszkodować.

Fakty następowały tak szybko po sobie, że trudno było je spisywać.

Donosiłem ci, żem widział Barrymora, zakradającego się po nocy ze

światłem w ręce do pustego pokoju. Teraz mam całą wiązankę nowin.

Rzeczy wzięły obrót niespodziewany, w ciągu dwu dni ostatnich

wyświetliła się niejedna zagadka, a inne zaciemniły się jeszcze

bardziej. Sam osądź.

Nazajutrz, przed śniadaniem, poszedłem do pustego pokoju, nawiedzonego

przez Barrymora nocy ubiegłej. Okno, przez które przechodził,

wychodziło na zachód i odznaczało się tem od innych, że był z niego

najbliższy widok na bagno. Jest tam puste miejsce pomiędzy dwoma

drzewami, przez które widać zblizka łąkę i oparzelisko, wówczas, gdy

z innych okien widok na nie jest dalszy i zasłoniony.

Czyżby Barrymore upatrywał kogoś lub czegoś na bagnie? Noc była tak

ciemna, że przy najlepszym wzroku niepodobna było nic dojrzeć. Więc

jakiż był cel tych obserwacyj?

W pierwszej chwili sądziłem, że to intryga miłosna. Dlatego zakradał

się boso, dlatego był niespokojny. Barrymore jest niezwykle pięknym

mężczyzną i może mieć powodzenie u kobiet -- ta hypoteza wydała mi

się prawdopodobną. Zgrzyt klucza w zamku świadczył może o potajemnem

wyjściu na schadzkę.

Takie wysnuwałem wnioski; opowiadam ci je, chociaż rezultat wykazał

ich bezpodstawność.

Sądząc, że nie mam prawa zachowywać ich dla siebie, zwierzyłem się

z nich przed sir Henrykiem, opowiedziawszy mu wpierw, com widział. Był

mniej zdziwiony, niż mogłem przypuszczać.

-- Wiem, że Barrymore chodzi po nocy -- oświadczył. -- Kilka razy

słyszałem jego kroki w korytarzu o jednej i tej samej godzinie.

-- Więc może co nocy chodzi do okna?

-- Może. W takim razie schwytamy go na gorącym uczynku i przekonamy

się o celu jego wędrówek. Ciekaw też jestem, jakby postąpił Holmes na

naszem miejscu?

-- Sądzę, że zrobiłby to samo, co pan zamierzasz -- odparłem. -- Boję

się tylko, aby Barrymore nie usłyszał naszych kroków.

-- Ma słuch tępy; zauważyłem to już nieraz. Zatem dziś wieczorem

zaczaimy się w moim pokoju.

Sir Karol był rad widocznie; ta nowa wyprawa była urozmaiceniem

nudnego życia.

W pałacu panował ruch gorączkowy. Baronet sprowadził architekta

z Londynu, zaś z Plymouth -- stolarzy i dekoratorów; nie szczędził

kosztów, aby przywrócić dawny blask siedzibie swoich przodków.

Skoro pałac zostanie urządzony, brak w nim będzie tylko -- pięknej

pani domu.

Między nami mówiąc, łatwo domyślam się, kto mógłby zająć to

miejsce. Baronet zakochany po uszy w naszej pięknej sąsiadce,

miss Stapleton.

Lecz na drodze tej miłości istnieją przeszkody. Niedalej, jak dziś,

sir Henryk miał przykrą niespodziankę.

Po naszej rozmowie o Barrymorze, wziął czapkę i wyszedł. Ja za nim.

-- Towarzyszysz mi, Watson?... -- zapytał z widocznym niezadowoleniem.

-- To zależy od tego, dokąd pan idzie; jeżeli na łąkę i bagno,

pójdę z panem.

-- Właśnie tam podążam.

-- Wszak pan wie, co mi polecił Holmes... Przykro mi, że się panu

narzucam, ale nie mogę puścić pana samego na trzęsawiska.

Sir Henryk położył mi rękę na ramieniu.

-- Mój drogi -- rzekł z uśmiechom -- Sherlock Holmes, pomimo swej

przenikliwości, nie przewidział tego, co wynikło od czasu, jak

zamieszkałem nad bagnem. Wszak mnie rozumiesz?... I jestem pewien, że

nie zechcesz przeszkadzać mi w takiej chwili.

Byłem w trudnem położeniu, a gdym tak stał zafrasowany, mój towarzysz

odwrócił się i poszedł przez łąkę.

Czyniłem sobie wyrzuty, że go pozostawiam własnemu losowi. A nuż go

spotka nieszczęście!...

Na samą myśl o tem, krew uderzyła mi do głowy.

Może jeszcze nie zapóźno, może zdołam go dogonić...

Podążyłem w kierunku, w którym sir Henryk odszedł, ale nic mogłem go

dostrzedz, aż wreszcie ukazał mi się na zakręcie drogi, tam, gdzie

ścieżka, wiodąca przez trzęsawisko, odbiega od gościńca.

Skręciłem w bok, i zamiast iść za nim, wspiąłem się na mały

pagórek, skąd było widać całą równinę. Ukrywszy się za skałą,

śledziłem jego kroki.

Uszedł ścieżką dobre pół mili, gdy nagle zobaczyłem zbliżającą

się ku niemu pannę Stapleton.

A więc to była schadzka umówiona...

Przywitawszy się, szli dalej, bardzo wolno; z poruszenia rąk

miarkowałem, że miss Beryl o coś go prosi.

Namyślałem się, co robić. Wstrętnym jest szpiegować przyjaciela;

w danych okolicznościach było to moim obowiązkiem; lecz gdyby mu

groziło niebezpieczeństwo, byłem zadaleko, aby nieść pomoc. Więc

cóż począć? Wahałem się między poczuciem delikatności a obowiązku.

Tymczasem sir Henryk i jego towarzyszka stanęli na ścieżce. Rozmawiali

bardzo żywo. Nagle spostrzegłem, że nie ja jeden jestem świadkiem ich

spotkania. Ujrzałem coś zielonego, zawieszonego w powietrzu.

Przyjrzawszy się, zobaczyłem, że to siatka na motyle.

Szedł Stapleton. Był daleko bliżej od młodej pary, niż ją i widocznie

podążał ku niej.

Wtem sir Henryk objął wpół miss Stapleton; zdawało mi się, że ona

broni się od uścisku. Pochylił się nad nią, chciał ją pocałować --

zasłoniła się ręką.

Nagle odskoczyli od siebie. Spłoszył ich Stapleton. Pędził co tchu,

wymachiwał rękoma, a gdy się z nimi zrównał -- tupał nogami i zapewne

krzyczał i robił wymówki sir Henrykowi. Ten widocznie usprawiedliwiał

się.

Wreszcie Stapleton skinął na siostrę, która po chwili wahania poszła

za nim, rzuciwszy spojrzenie baronetowi.

On stał długo, jak wryty, wreszcie odszedł krokiem powolnym, z głową

zwieszoną.

Co to wszystko znaczyło? Nie mogłem pojąć, lecz byłem wzburzony

widokiem tej sceny. Zbiegłem ze wzgórza i spotkałem się z sir

Henrykiem.

-- Watson! -- zawołał. -- Skądże się tu wziąłeś? Czyżbyś mnie

śledził wbrew mojej woli?

Wyznałem mu prawdę. W pierwszej chwili oczy zapałały mu gniewem,

lecz rozbroiła go widocznie moja szczerość; koniec końców --

roześmiał się.

-- Możnaby sądzić, że takie pustkowie sprzyja samotności, a jednak --

mówił żartobliwie -- niepodobna konkurować bez świadków... Smutne to

zresztą konkury. Gdzieżeś się ukrywał?

-- Za temi skałami, na wzgórzu.

-- Czy widziałeś, z której strony jej brat przyszedł?

-- Z przeciwnej.

-- Czy on robi na tobie wrażenie waryata?

-- Nie.

-- Od pierwszej chwili wydał mi się nienormalnym, a teraz gotów jestem

przypuścić, że mnie, albo jemu braknie piątej klepki. Słuchaj, Watson:

żyjesz już ze mną parę tygodni, powiedz mi szczerze, czyś nie

spostrzegł we mnie jakiego umysłowego zboczenia? Jak znajdujesz: czy

mógłbym być dobrym mężem dla kobiety ukochanej?

-- Zdaje mi się, że najlepszym.

-- Wszak on nic nie może zarzucić mojemu stanowisku społecznemu. Więc

cóż ma przeciwko mojej osobie? Nie skrzywdziłem nikogo, żyłem

uczciwie. A jednak nie pozwala mi dotknąć bodaj końca jej paluszków.

-- Czy wręcz zabronił?

-- Tak, i powiedział mi wiele innych przykrych rzeczy. Mówię ci,

Watson, choć znam ją od paru tygodni, czuję, że z żadną kobietą nie

byłbym tak szczęśliwy, jak z nią; a zdaje mi się, że i ona odpłaca

mi wzajemnością. W oczach kobiety bywają błyski, wymowniejsze od

słów. Ale ten nieznośny brat nie pozwala nam się porozumieć. Dziś

po raz pierwszy zdarzyła mi się sposobność widzieć ją sam na sam.

Cieszyło ją to widocznie, choć nie chciała słuchać moich wynurzeń

miłosnych. Wracała wciąż do jednego przedmiotu, ostrzegając mnie

o grożącem niebezpieczeństwie i dowodząc, że póty nie będzie miała

spokoju, dopóki ja tych stron nie opuszczę. Powiedziałem jej, że

nie pilno mi odjeżdżać, skoro ona tu przebywa, i że jeśli dba

istotnie o moje bezpieczeństwo, to opuści tę okolicę wraz ze mną,

i prosiłem o jej rękę. Zanim jednak zdążyła mi odpowiedzieć,

ten jej utrapiony brat wpadł między nas, jak kula. Był blady

z gniewu, trząsł się, a z jasnych oczu padały pioruny.

Jak śmiałem przemawiać w ten sposób do jego siostry? -- wołał. -- Czy

dlatego, że jestem baronetem, to wszystko mi wolno?...

Tłómaczyłem mu, że nie potrzebuję wstydzić się moich uczuć dla miss

Beryl i że mam nadzieję, iż zaszczyci mnie swoją ręką.

Nie polepszyło to sprawy. Stapleton rozwścieczył się na dobre. I mnie

zbrakło cierpliwości. Odpowiedziałem mu, za ostro ze względu na jej

obecność.

Skończyło się na tem, że on odszedł z siostrą, a ja powracam, jak

niepyszny. Wytłómacz mi, co to znaczy, a będę ci wdzięczny do

śmierci.

Dawałem kilka wyjaśnień, ale nie zadowoliły sir Henryka, bo istotnie,

co można mu zarzucić?

Przemawia za nim tytuł, fortuna, charakter, wiek i uroda. Jedyny

zarzut, jaki możnaby mu czynić -- to, że fatalizm ściga jego rodzinę.

Ale Stapleton, jako człowiek uczony, nie powinienby przywiązywać wagi

do przesądów.

To też nie pojmuję, dlaczego odrzuca jego zabiegi, nie pytając nawet,

czy siostra jest mu przychylna, a dziwi mnie nadto, że ona słucha go

ślepo.

Nasze domysły na ten temat przerwał sam Stapleton, który przybył po

południu, aby przeprosić baroneta za swoją porywczość.

Po długiej rozmowie sam na sam z sir Henrykiem w jego gabinecie,

wyszli pogodzeni. Dla przypieczętowania zgody, zaprosił nas na obiad

do Merripit-House.

-- Dziwny to człowiek -- rzekł do mnie sir Henryk po jego odejściu. --

Nie mogę zapomnieć wzroku, jakim mnie piorunował dziś rano, ale mimo

to muszę przyznać, że teraz znalazł się przyzwoicie.

-- Czy wytłómaczył swe postąpienie?

-- Mówił, że siostra jest mu wszystkiem na świecie. Żyli zawsze razem,

ona mu była jedynym towarzyszem. Sama myśl o utraceniu jej doprowadza

go do rozpaczy. Nie spostrzegł mojej skłonności ku Beryl, a gdy ją

ujrzał w moich objęciach, ogarnął go taki gniew samolubny, że stracił

przytomność i nie odpowiada za swoje słowa i czyny. Przepraszał

jednak i uznawał, że byłoby szaleństwem chcieć zatrzymać przy sobie

kobietę tak piękną, jak jego siostra. Jeżeli ma go opuścić, to on,

Stapleton, woli, żeby poślubiła sąsiada, mieszkającego tak blizko,

niż kogokolwiek innego. Ale musi oswoić się z tą myślą. Gotów jest

mi przyrzec jej rękę, jeżeli wzamian zobowiążę się słowem honoru,

że przez trzy miesiące nie wspomnę jej o miłości, nie będę starał

się widywać jej sam na sam i zadowolę się zwykłym stosunkiem

towarzyskim. Obiecałem mu to solennie i rzeczy na tem stanęły.

A więc jedna z tajemnic już wyjaśniona. Uczuliśmy grunt pod nogami

w bagnie, po którem błądzimy poomacku.

Wiemy już teraz, dlaczego Stapleton patrzał niechętnie na konkurenta

siostry; chociaż ten konkurent jest jedną z pierwszych partyj w kraju.

A teraz przechodzę do innej nici, którą wyciągnąłem ze splątanego

motka -- do przyczyny łez pani Barrymore i tajemniczych nocnych

wędrówek jej męża.

Powinszuj mi, Holmes, i przyznaj, że nie zawiodłem twego zaufania. Ta

zagadka została wyjaśniona w jedną noc.

Napisałem: „w jedną noc”, właściwie jednak stało się to w ciągu

dwóch nocy, albowiem pierwsze próby chybiły.

Siedziałem z sir Henrykiem w jego pokoju do trzeciej zrana, ale nie

doleciał nas żaden inny szmer, oprócz głosu zegaru. Wreszcie

usnęliśmy obaj na krzesłach.

Niezrażeni tem, postanowiliśmy próbę ponowić. Następnej nocy

zgasiliśmy lampkę, i zapaliwszy papierosy, czekaliśmy, co będzie

dalej.

Godziny wlokły się powoli. Wybiła pierwsza, druga; już nas sen morzył,

gdy nagle obaj wyprostowaliśmy się na krzesłach. Doleciał nas odgłos

kroków.

Zakradały się cichutko i wreszcie umilkły w oddali. Wtedy baronet

drzwi otworzył i wyszliśmy na palcach.

Barrymore minął już galeryę, korytarz był pogrążony w ciemnościach.

Doszliśmy na palcach do drugiego skrzydła w chwili, gdy kamerdyner

wsuwał się do pokoju, na końcu korytarza. Zamknął drzwi za sobą.

Podsunęliśmy się cichutko, stąpając ostrożnie, w obawie, aby nas nie

zdradziło skrzypnięcie podłogi. Zajrzeliśmy przez dziurkę od klucza.

Barrymore stał przy oknie ze świecą w ręku.

Nie ułożyliśmy planu kampanii, ale baronet uważa prostą drogę za

najkrótszą i najwłaściwszą. Nie namyślając się, wszedł do pokoju.

Barrymore odskoczył od okna.

-- Co ty tu robisz? -- zapytał go sir Henryk.

-- Nic, proszę pana.

Był tak wystraszony, że świeca podskakiwała mu w ręku.

-- Przyszedłem zobaczyć, czy okno zamknięte... Zamykam codzień

wszystkie okna, żeby się złodziej nie zakradł.

-- Tak, zwłaszcza tutaj, na... drugie piętro. Słuchaj, Barrymore --

rzekł -- postanowiliśmy obaj zmusić cię do powiedzenia prawdy. Im

prędzej ją wyznasz, tem lepiej dla ciebie. Dość tych kłamstw. Gadaj!

Coś tu robił?

Spojrzał na nas z rozpaczą, załamał ręce bezradnie.

-- Nie robiłem nic złego -- szepnął. -- Trzymałem świecę w oknie.

-- A dlaczego ją trzymałeś?

-- Niech mnie pan o to nie pyta. Daję panu słowo honoru, że to cudza

tajemnica. Nie mogę jej wyjawić. Gdyby chodziło tylko o mnie,

wyznałbym panu całą prawdę.

Błysnęła mi nagła myśl. Wziąłem świecę, którą Barrymore

postawił był na oknie.

-- To zapewne sygnał umówiony -- rzekłem. -- Zobaczmy, jaka będzie

odpowiedź.

Podniosłem świecę w górę i trzymałem ją tak, jak on przed naszem

wejściem. Pomimo ciemności, bo księżyc był zasłonięty chmurami,

widać było drzewa, a dalej łąkę. Wtem zobaczyłem blade światełko

na bagnie.

-- Jest sygnał! -- zawołałem.

-- Nie, proszę pana, to nic nie znaczy -- przerwał mi Barrymore. --

Upewniam pana, że to przypadkowe.

-- Poruszaj świecą, Watson -- zawołał baronet. -- Widzisz? I tamto

światło rusza się... Czy i teraz, łotrze, będziesz przeczył, że

dawaliście sobie sygnały?... Chodź-no tutaj. Mów, kto jest twoim

wspólnikiem i jaki knujecie spisek?

Twarz kamerdynera pociemniała od tłumionego gniewu.

-- Nie powiem! -- oświadczył butnie. -- To moja rzecz, nie pańska.

-- W takim razie wynoś się zaraz z mego domu!

-- Dobrze. Jeśli trzeba, to trudno.

-- I żebyś mi się nie pokazywał na oczy! To wstyd, hańba!... Twoja

rodzina służyła mojej przez kilka pokoleń, a ty knujesz przeciwko mnie

spiski?...

-- Nie, nie przeciw panu.

Słowa te były wypowiedziane głosem kobiecym. Na progu stała pani

Barrymore, jeszcze bledsza od męża.

-- Wynosimy się stąd, Elizo -- oznajmił jej kamerdyner. -- Pakuj nasze

rzeczy.

-- O, John! John! Ja cię zgubiłam!... To wszystko moja wina, sir

Henryku, moja wyłącznie... On nie winien. Robił to dla mnie, bo go

o to prosiłam.

-- Mów pani, wytłómacz, co to znaczy? -- zawołał sir Henryk.

-- Mój nieszczęsny brat umiera z głodu, tam, na bagnie... Nie możemy

go opuścić... To światło jest sygnałem, że przygotowaliśmy dla niego

pożywienie... a tamto światełko wskazuje, gdzie mamy je przynieść...

-- A więc brat pani jest...

-- Zbiegłym więźniem... mordercą... Seldon.

-- To prawda -- przytwierdził Barrymore. -- Mówiłem, że tajemnica nie

moja i że nie mam prawa jej zdradzić. Ale teraz sir Henryk przekonał

się, że to nie był spisek przeciw niemu...

Takie jest zatem wyjaśnienie nocnych wędrówek i światła w oknie.

Sir Henryk i ja patrzaliśmy na tę kobietę ze zdumieniem. Czyż podobna,

aby osoba tak przyzwoita i poważna miała w swoich żyłach tę samą

krew, co słynny zbrodniarz?...

-- Tak, panie -- mówiła jakby w odpowiedzi na nasze myśli. -- Moje

panieńskie nazwisko było Seldon, a to mój brat młodszy... Psuliśmy

go za jego lat dziecinnych, wszystko mu było wolno, więc nabrał

przekonania, że świat istnieje dla jego przyjemności... Gdy dorósł,

wdał się w złe towarzystwo, zaczął hulać i jeszcze gorzej...

Wpędził naszą biedną matkę do grobu, a nasze nazwisko błotem

obryzgał. Upadał coraz niżej, wreszcie spełnił tę ostatnią

zbrodnię... Ale dla mnie jest on zawsze małym chłopaczkiem

z jasnymi kędziorami, którego niańczyłam, jako starsza siostra.

Dlatego uciekł z więzienia. Wiedział, że ja tu jestem i że mu

nie odmówię pomocy... Przywlókł się do nas, wycieńczony,

zgłodniały, ścigany przez policyę. Cóż miałam począć?...

Wzięliśmy go, zamknęli na strychu, żywiliśmy go, przyodziali.

Po powrocie jaśnie pana, brat sądził, że będzie bezpieczniejszy

na bagnie, i tam się ukrywa. Z dnia na dzień spodziewaliśmy

się, że opuści te strony, lecz dopóki tu jest, my nie możemy

go opuścić. Jeżeli kto zawinił, to ja, nie mój mąż; on go

ukrywał i żywił, przez wzgląd na mnie...

W głosie jej była szczerość.

-- Czy to prawda, Barrymore?... -- zapytał sir Henryk.

-- Tak, panie, święta prawda.

-- Ha! nie mogę mieć ci za złe, żeś uległ prośbom żony. Wracajcie

oboje do waszego pokoju. Pomówimy o tem jutro.

Wyjrzeliśmy znowu przez okno. Sir Henryk otworzył je; chłodny wiatr

smagnął nas po twarzach. Daleko na bagnie, płonęło blade światełko.

-- Dziwna rzecz, że on nie boi się zdradzać swej obecności... -- rzekł

baronet.

-- Może tak światło umieścił, że widać je tylko z tego punktu.

-- Jak ci się zdaje: czy to stąd daleko?

-- Półtorej mili, dwie najwyżej. O ile mogę zmiarkować, jest to

w pobliżu Cleft-Tor.

-- Nie musi to być daleko, jeśli Barrymore codzień zanosi tam

żywność. Słuchaj, Watson, schwytam tego łotra!

I mnie ta sama myśl przeszła przez głowy. Wszak Barrymore nie wyjawił

nam tajemnicy dobrowolnie, lecz pod naciskiem; nie byliśmy więc

zobowiązani do sekretu, a to tembardziej, że chodziło o łotra, wobec

którego ustawały wszelkie względy współczucia. Obowiązkiem naszym

było oddać go w ręce sprawiedliwości, uniemożliwić mu dalsze

zbrodnie. Gdybyśmy go oszczędzili, mogliby to przypłacić życiem

sąsiedzi, Stapletonowie naprzykład.

Niepokój o nich wpływał zapewne na to postanowienie sir Henryka.

-- Pójdę z tobą -- oświadczyłem.

-- A zatem bierz rewolwer i wdziewaj buty -- (byliśmy obaj boso, żeby

ciszej stąpać). -- Im wcześniej wyruszymy, tem lepiej. Łotr może lada

chwila zgasić światło i nie odszukamy go po nocy.

W pięć minut byliśmy już gotowi i wyruszyliśmy na ową niebezpieczną

ekspedycyę.

Noc była pochmurna, wilgotna, od czasu do czasu księżyc wyłaniał się

z po za chmur, a gdyśmy doszli do bagna, począł kropić drobny deszczyk.

Światło wciąż płonęło.

-- Czy masz rewolwer? -- spytałem.

-- Mam nóż myśliwski -- odparł sir Henryk.

-- Musimy wpaść na niego znienacka, bo mówią, że silny, jak lew.

Powalimy go, zanim zdoła stawić nam opór.

-- Ciekaw jestem, coby też Holmes powiedział na naszą wyprawę -- rzekł

baronet. -- To godzina duchów; grasują teraz po bagnie... -- dodał

nawpół żartobliwie.

Jakby w odpowiedzi na te słowa, po trzęsawisku rozległ się ów głos

przeraźliwy, który już raz słyszałem w pobliżu Grimpen-Mire. Wiatr

niósł go wśród nocnej ciszy; z początku było to ciche warczenie,

niebawem przeszło w straszne wycie. Baronet zbladł i chwycił się

mojego rękawa.

-- Na miłość Boską, co to takiego, Watson? -- spytał szeptem.

-- Nie wiem. Podobno ten głos rozlega się często po bagnie --

odparłem. -- Już go raz słyszałem.

Zaległa znowu cisza, przerażająca, złowroga. Staliśmy, nasłuchując,

ale żaden dźwięk nie wpadł nam w ucho.

-- Watson... -- szepnął baronet -- to było szczekanie psa!...

W jego głosie brzmiał strach tłumiony.

-- Jakże okoliczni mieszkańcy tłómaczą sobie to przeraźliwe wycie? --

zapytał.

-- Ktoby tam uważał na to, co mówią ludzie prości.

-- Powiedz mi jednak, co mówią?

Zawahałem się.

-- Powiadają, że to szczekanie psa Baskervillów -- odparłem.

Milczał długo.

-- Tak, to był pies -- rzekł wreszcie. -- Szczekał bardzo daleko,

w stronie Grimpen-Mire...

-- Trudno określić, skąd głos dolatywał.

-- Powiadam ci, że stamtąd, Watson. A ty jak sądzisz? Czy to było

szczekanie?... Nie jestem dzieckiem. Możesz mi prawdę powiedzieć.

-- Po raz pierwszy słyszałem ten głos, idąc ze Stapletonem.

Tłómaczył mi, że to wabienie rzadkiego ptaka.

-- Nie, nie, to był pies. Czyżby istotnie legenda została osnuta na

faktach prawdziwych? Czyżby istotnie groziło mi niebezpieczeństwo?...

Co o tem myślisz, Watson?

-- Jestem pewien, że nie.

-- Hm! Co innego było śmiać się z tych baśni w Londynie, a rzecz

inna stać tutaj, wśród ciemności na bagnie i słyszeć ten głos

przeraźliwy. Mój biedny stryj! Wszak widziano wyraźnie ślady łap

wielkiego psa przy jego zwłokach... Wszystko to łączy się ze sobą.

Nie jestem tchórzem, Watson, lecz to szczekanie ścięło mi krew

w żyłach. Dotknij mojej ręki.

Była zimna, jak marmur.

-- Jutro śmiać się będziesz z tej przygody -- rzekłem, aby go

uspokoić.

-- Wątpię; ten głos pozostanie mi na zawsze w pamięci. Cóż mi

radzisz zrobić?

-- Wracać do domu.

-- Nie. Przyszliśmy tutaj, aby schwytać mordercę i nie cofniemy się

w pół drogi. Chodźmy! Co ma być, niech się stanie.

Stąpaliśmy powoli wśród ciemności. Światełko płonęło wciąż

w jednym punkcie. Chwilami zdawało nam się, że jest blizkiem,

to znów że bardzo odległem. Wreszcie zmiarkowaliśmy, w której

stronie świeci.

Niedaleko od nas, w szczelinie pomiędzy dwiema skałami, chroniącemi ją

od wiatru, stała świeczka w lichtarzu. Nie było jej widać z żadnego

innego punktu, tylko od strony Baskerville-Hall. Zrąb skalny zasłaniał

nas przed oczyma zbiega. Pełzając ostrożnie, doczołgaliśmy się pod

świecę.

-- Co teraz? -- szepnął sir Henryk.

-- Czekajmy. On musi być w pobliżu. Trzeba zajrzeć. Zobaczymy go może.

Jakoż zaledwie tych słów domówiłem, w szczelinie skalnej, nad świecą

ukazała nam się twarz potworna, zwierzęca, zorana dzikiemi

namiętnościami, żółta, jak wosk. Zbrodniarz był zarosły po same

oczy. Tak wyglądali zapewne nasi przodkowie, zamieszkujący te

bagna w przedhistorycznej epoce.

Morderca wodził niespokojnym wzrokiem dokoła, jak zwierz, gdy go

doleci odgłos nagonki.

Coś widocznie wzbudziło jego podejrzliwość. Może Barrymore zwykł był

dawać mu sygnał, o którym nie wiedzieliśmy, a może złoczyńca miał

inny powód do obawy, bądź co bądź strach malował się na jego dzikiej

twarzy.

Lada chwila mógł cofnąć się i zniknąć wśród ciemności.

Wyskoczyłem z mojej kryjówki, sir Henryk za mną. Zbrodniarz

zaklął przeraźliwie i zrzucił ogromny kamień. Roztrzaskał się

on o skałę, o którą opieraliśmy się przed chwilą. Szczęśliwym

zbiegiem okoliczności księżyc przedarł się właśnie przez chmury

i oświecił bagno.

Zbiegliśmy z pagórka, goniąc uciekającego co tchu Seldona.

Przeskakiwał z kamienia na kamień, ze skały na skałę, jak dziki

kozioł.

Mogłem powalić zbrodniarza odrazu wystrzałem z rewolweru, lecz wziąłem

go dla obrony w razie napaści, nie zaś dla zabijania człowieka

bezbronnego.

Obaj z sir Henrykiem biegamy znakomicie; przekonaliśmy się jednak

niebawem, że nie zdołamy go dopędzić. W świetle księżyca

widzieliśmy długo jego szerokie bary i kabłąkowate nogi,

aż wreszcie ukazał nam się, jako mały punkcik na skraju

widnokręgu.

Biegliśmy do zupełnego braku tchu, ale przestrzeń pomiędzy nami

a uciekającym Seldonem zwiększała się ustawicznie. Wreszcie, zdyszani,

usiedliśmy na skale, patrząc za nim, dopóki nam nie znikł z przed

oczu.

W chwili tej właśnie zdarzyła się rzecz dziwna i niespodziewana.

Odpocząwszy, wstawaliśmy, aby wracać do domu, bośmy już zaniechali

dalszego pościgu. Księżyc w pełni zachodził za jedną z wyższych

skał; wtem na jej szczycie ujrzałem postać męską, wyglądającą jak

posąg.

Nie myśl, że to było złudzenie zmysłów. O ile mogłem zauważyć,

był to mężczyzna wysokiego wzrostu, szczupły. Stał z założonymi

na krzyż rękoma, ze spuszczoną głową, jak gdyby wpatrywał się

w tę pustą przestrzeń.

To może duch bagna... Bądź co bądź, nie był to Seldon, gdyż ten

przed chwilą znikł był w kierunku wręcz przeciwnym. Zresztą owa

postać była daleko wyższa i szczuplejsza.

Chciałam pokazać to zjawisko baronetowi, lecz w chwili, gdym się

odwrócił, postać już zniknęła. Na tle księżycowej tarczy odrzynały

się skały, lecz żywy posąg nie stał już na ich szczycie.

Chciałem pójść i przekonać się, co to było, ale baronet nie miał

ochoty szukać nowych wrażeń. Nie dostrzegł owego dziwnego zjawiska

i wmawiał we mnie, że mi się przywidziało, bo nie odczuł wrażenia,

które mnie wstrząsnęło do szpiku kości.

-- To zapewne jaki strażnik ziemski. Bagno roi się od nich od czasu,

gdy Seldon uciekł z więzienia.

Ha! kto wie, czy takie wyjaśnienie nie jest prawdziwem; chciałbym

jednak to stwierdzić.

Dziś mamy zamiar donieść zarządowi więziennemu w Princetown, gdzie ma

szukać zbiega. Jednak szkoda, że nie zdołaliśmy go sami schwytać.

Takie są przygody ostatniej nocy. Musisz przyznać, Holmes, że moje

sprawozdanie jest bardzo szczegółowe i dokładne. Wiele faktów

pozostaje do wyjaśnienia; przedstawiam ci je bez komentarzy, aby ci

nie przeszkadzać w wyprowadzaniu wniosków.

Postąpiliśmy naprzód na drodze odkryć. Znamy już przyczynę nocnych

wędrówek Barrymorów -- a to ułatwia sytuacyę.

Lecz trzęsawisko zawiera jeszcze wiele tajemnic niewyjaśnionych. Może

w następnym liście zdołam rzucić na nie światło. Byłoby najlepiej,

gdybyś mógł sam przyjechać.

Tajemnica Baskerville'ów: dziwne przygody Sherlocka Holmes · 第 18 / 30 题