I idącego przechodnia przykuwało do miejsca zdziwienie nagłe.

- Jak to? - zadawał sobie mimowolnie pytanie. - W powodzi świateł,

blasków tysiąca, dających tak wymowne i chlubne świadectwo, że

żywi pamiętają jednak o umarłych, dzisiaj o Dzierżymirskim już

zapomniano?.. Czyż to możliwe, by świat był tak niewdzięcznym,

żeby wykreślał z pamięci jednostki, tak głośne za życia - tak

możnowładne!...

I dziwił się przechodzień... Dziwił się w dalszym ciągu naiwnie,

nie zdając sobie sprawy z tego pewnika życiowej ironii, która prawem

"teraźniejszości" się zowie, a która, z małymi wyjątkami, uwielbia

tylko żyjących i na widowni obecnych, umarłych zasypując pyłem

zapomnienia.

I spacerujący po cmentarzu widz ciekawy przybliżał się do grobowca,

z trudnością odczytywał napisy, a później szedł dalej, zamyślony

mimo woli nad nietrwałością doczesnego bytu.

Lecz o niewdzięczność tym razem posądzał ludzi niesłusznie. Bo los

szyderca, któryby może i rzeczywiście starł u świata wspomnienie

innego, prawdziwie i wszechstronnie zasłużonego człowieka,

niezbrukanego życiem, czystego - okazał się łaskawszym jednak, dla

ubranego w togę pozorów moralnego wykolejeńca!

W kwadrans później, trzy osoby, oglądające się wokoło, skupiły

się przed grobem Dzierżymirskiego. Wkrótce, tamże zjawił się

również mężczyzna, z kobietą młodą dość jeszcze i garstką

dziatek.

Przed ginącym w cieniach wieczora pomnikiem Romana, poklękli oni

niebawem wszyscy...

Byli to Orlęccy: ojciec, matka i córka, oraz Zieliński Herman, z

rodziną.

Młody głosik dziewczęcy pierwszy przerwał nieśmiało milczenie

cmentarnego zakątka. Silny, jędrny zawtórował mu głos męski i

szept otaczających...

Wśród dalekiego echa kroków gromady ludzkiej, ich rozmów, śmiechu i

płaczu - popłynęła z serc wdzięcznych za duszę zmarłego

modlitwa!..

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Nazajutrz osamotnienia i zapomnienia żywych wstydzić się już nie

potrzebował przed innymi - wspaniały grobowiec prezesa

Dzierżymirskiego.

Czyjaś troskliwa ręka ustawiła na grobie palmy i świeże kwiaty... W

krzyż ułożonych różnokolorowych lampionów kilkanaście nęciły tu

oko i skromny, aczkolwiek gustowny wieniec zielony u pomnikowego tulił

się podnóża. Tamże błyszczał o nieboszczyku napis złocisty,

złożony z samych tytułów i godności...

I w blasków powodzi, na szczycie kolumny jaśniała zarówno teraz

wdzięcznie odrzeźbiona sylweta pięknego, młodego jeszcze

mężczyzny.

Królując nad wszystkiem dokoła, niepokalanie biały, stał on i

patrzył zamyślony! Na ustach z kamienia błąkać się zdawał

dyskretny uśmiech zwycięskiej ironii...

A poniżej - u stóp posągu, na czarnem tle marmuru, wielkiemi

literami, rzucały się w oczy te oto wyryte słowa:

Uczciwy, szlachetny i prawy,

Ukochał bliźnich i społeczeństwu oddal życie całe -

Nagrodź go, Panie!..

Ironia Pozorów · 第 27 / 27 题