V.

...Na miękkim materacu, pod wełnianym kocem, w czystej, suchej

bieliźnie Janek spał snem zdrowym, gdy drzwi znanego nam już pokoiku

na Chramcówkach skrzypnęły cicho i Tadzio w mundurku, z wyrazem

pomieszania na bladej twarzyczce, stanął w progu.

Powoli drzwi zamknął za sobą i zbliżył się do brata: budzić, czy nie

budzić?

Janek otworzył oczy.

--Wstałeś? -- spytał zdziwiony.

--Byłem u nich.

--U Zosi?

Chłopiec skinął głową.

--Powiedziałeś?

Tadzio milczał chwilę.

--Gadajże!

--Wróciły pozawczoraj, a wczoraj pojechały do Szczawnicy.

Janek usiadł na łóżku.

--Jakto? Być nie może! I nie czekały na nas?

--Nie wiedziały wcale o naszym przyjeździe. Nie byliśmy u Liptaków,

Ślimak nie zawiadomił, Liptakowie zdziwili się, gdy przyszedłem.

Janek wzburzony zaczął chodzić po pokoju. Byłby chętnie zburczał

Tadzia, ale jakoś nie mógł, nozdrza mu drżały, czuł swoją winę. Nagle

stanął, spojrzał na brata, na niebo, jasne słońce i zwykłym swym

gestem wzruszył ramionami. Potem ziewnął i wlazł pod kołdrę.

--Cóż będzie? -- spytał Tadzio.

--Zatelegrafuj do stryja: »Zostajemy. Niech stryj lepiej przyjedzie do

nas. Dużo tu jeszcze rzeczy do poznania«.

Odwrócił się do ściany, aby zasnąć znowu, ale nie poszło to łatwo, bo

rozumiał, że przez jego zarozumiałość i lekkomyślność Zosia, Tadzio i

on stracili sposobność poznania morza, a stryjowi i rodzicom sprawił

przykrość.

Bez przewodnika · 第 11 / 12 题